czwartek, 4 października 2012

Suma wszystkich strachów...

Czy można oszaleć ze strachu? Odpowiadamy twierdząco myśląc o strachu nagłym,ekstremalnie silnym dopadającym kogoś bez uprzedzenia. Tak, wtedy można nie tylko oszaleć, ale i umrzeć. Serce poddane silnej dawce adrenaliny nie wytrzymuje porażenia. 

A co z lękiem, który dotyczy spraw codziennych, ktoś powie banalnych. Co, gdy boisz się czegoś, co innym nie tylko nie spędza snu z powiek, ale nawet ich cieszy, czy podnieca? Strach przed lataniem, strach przed prowadzeniem samochodu zimą, strach przed Urzędem (jakikolwiek by on nie był), inne głupie strachy... 

Pierwsza reakcja bliskich - nie przesadzaj. Kolejna, podszyta już nutką irytacji - zrób coś z tym wreszcie. Następna - przecież tak nie można żyć, przez ciebie ... i tu następuje wyliczanka pretensji o coś, co się stało, lub nie stało z powodu twoich głupich lęków.  Nie lecicie na wakacje do Egiptu, bo ty uparcie nie chcesz wyrobić sobie nowego paszportu, mąż musi cię wozić do sklepu, bo ty panicznie boisz się że wpadniesz w poślizg, na widok koperty ze stemplem Urzędu (jakikolwiek by on nie był) masz łzy w oczach i trzęsą ci się ręce.

Sama siebie za to nienawidzisz, więc nawet nie masz im za złe tej irytacji. Co z tego, że rozumiesz? Nie masz w sobie tyle sił, żeby z walczyć. Nie wierzysz, że się uda. Tego też się boisz. Udajesz przed obcymi, że wszystko jest OK, uśmiechasz się, obracasz w żart.
Masz w sobie tak wiele poczucia winy, że już nie radzisz sobie z emocjami. Jednego dnia płaczesz, innego najeżasz się i reagujesz agresją na jakąkolwiek aluzję. 

Nic takiego się nie dzieje ... a czujesz, że zaraz oszalejesz...


środa, 5 września 2012

gdy za dołem jest dół następny ...

Myślałam, że najgorsze mamy już za sobą, że ten koszmar niepewności o jutro, jaki przeżywaliśmy od trzech lat minie z chwilą spłacenia długów przez firmę M. Okazuje się jednak, że może być gorzej, bo wystarczyło pół roku, żeby dzięki biznesowym zdolnościom Pana L. zaczęło się znów spadanie w przepaść. Tylko, że teraz już nie ma już czego sprzedać...
Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że żadna decyzja nie jest dobra. Sieć powiązań, zależności i uwarunkowań powoduje, że likwidując bagno zniszczą też coś, co działa. Ratując to, co działa pozwalają rozlewać się bagnu...

M. wygląda coraz gorzej. Przez całe lata tłumił stres w sobie, miałam nawet wrażenie, że problemy go mobilizują, że lubi tę adrenalinę, jaką dawały trudności i poplątania biznesu. Może kiedyś tak było, kiedy kopał kłopoty jak przydrożne kamienie i szedł dalej. Bo miał przed sobą wytyczoną drogę, wizję do zrealizowania. Teraz dotarł do ściany, przez którą musi się przegryźć zębami, albo przebić głową. I widzę, że nie ma na to sił ani chęci, bo wie, że za tą ścianą nie ma niczego, co byłoby warte takiego poświęcenia. Tak strasznie boli obserwowanie, jak niknie w nim jakakolwiek wiara, jak szarzeje i kurczy się w sobie. Nie śpi w nocy, przewraca się tylko z boku na bok. A ja nie śpię razem z nim. 

Czy zdarzy się cud?

Leonard Cohen "Waiting for the miracle"

wtorek, 4 września 2012

różnice nie do pogodzenia ...

Jako mężatka ze straszliwie długim stażem oko i ucho mam wyczulone na różne informacje o rozwodach. Głównie rozwodach celebryckich, bo te relacjonuje się nam na bieżąco i ze szczegółami. Ciekawe, że tak zwany zwykły człowiek nie obnosi się tak bardzo z faktem, że mu małżeństwo nie wyszło. Celebryta nawet jeśli się chwalić nie zamierza, to brukowce różnej maści zrobią to za niego. 

Wiele razy jako przyczynę rozpadu związku podaje się "różnice nie do pogodzenia". Zastanawia mnie wtedy cóż to były za różnice, czy były zawsze, czy objawiły się po latach, czy były przyczyną powolnego narastania obcości, czy może inna, ważniejsza przyczyna uwypukliła te różnice tak bardzo, że żyć się już razem nie dało. 

O co tu chodzi? Raczej nie o pojawienie się "tej trzeciej" czy "tego trzeciego", bo w takim przypadku złożenie papierów rozwodowych motywuje się wygaśnięciem miłości, zaniknięciem więzi itp. Zakochanie się w kimś innym trudno nazwać różnicą nie do pogodzenia, chociaż jak by nie patrzeć nowy obiekt miłość jest pewnie zupełnie inny niż partner dotychczasowy. Panowie przeżywający drugą młodość, zwykli zachwycać się szczególnie tą odmiennością. Nowa partnerka zazwyczaj bywa młodsza, szczuplejsza, bardziej rozszczebiotana i zachwycona swoim Misiaczkiem, Pieseczkiem, Bubulkiem itp. Nowa partnerka nie chrapie, nie sika, nie strzela focha, nie musi depilować nóg. Jest aniołem w ciele seksbomby. Do czasu oczywiście, ale ta wiedza przychodzi do Misiaczka, Pieseczka, Bubulka dopiero później. Bo przecież, gdy jesteśmy zauroczeni, gdy pożądanie przyćmiewa wszystko inne, to każda jest Aniołem. Nawet ja byłam, choć to było tak dawno, że trudno uwierzyć.

Czymże są więc owe różnice, że zmuszają do sięgnięcia po rozwiązanie ostateczne (no może nie całkiem ostateczne jednak)? Dlaczego nagle zaczynają uwierać tak mocno? Czemu są nie do pogodzenia? Czy dotyczą spraw ważnych i fundamentalnych - On chce mieć dzieci, Ona stawia na karierę, Ona jest za eutanazją i przerywaniem ciąży, on chce żyć w zgodzie z Dekalogiem...wcześniej o tym nie rozmawiali, czy każde liczyło, że to drugie się zmieni?
A może chodzi o drobiazgi, pierdoły zupełne, których najpierw zupełnie nie zauważają, które na początku być może ich śmieszą czy nawet rozczulają, by z czasem denerwować, drażnić, wkurzać... Aż wreszcie przychodzi dzień, że głupia niedokręcona tubka pasty do zębów powoduje, że Ona wybucha płaczem i wybiega z domu. A On pewnego dnia ma dość tego, że dzieli łóżko nie tylko z nią, ale i trzema kotami, które Ona kocha i traktuje jak dzieci. I On zrzuca te koty z kołdry i idzie z kołdrą na kanapę, bo czuje , że dłużej tego nie zniesie...

Nie zamykana klapa od sedesu, gniazdo orła przy łóżku, nogi na stole podczas seansu tv, wielogodzinne paplanie z przyjaciółka przez telefon, obiady za tłuste, za chude, brak obiadów, zbyt częste wyjścia z kolegami , mrukliwość, gadatliwość, pedantyczna czystość czy bałaganiarstwo... różnice nie do pogodzenia.

Kiedy stają się nie do zniesienia tak bardzo, że skreślamy z ich powodu wiele lat wspólnego życia?



Idealne tło muzyczne do takich rozmyślań :)))


poniedziałek, 3 września 2012

dzień pierwszy

I znowu wszystko wraca do ustalonego porządku. Wakacje minęły jak zwykle za szybko. Dzieciom na pewno, nauczycielom pewnie też. Mnie też nie dłużyły się specjalnie. Ale to zupełnie nie jest "zasługa" wakacji, czy lata. Od kilku lat czas, mój czas płynie strasznie szybko. Od dwóch lat wręcz ekspresowo. Ledwie zaczynam poniedziałek, za moment jest piątek. Piątkowy wieczór witam zawsze z wielką ulgą i nadzieją na odpoczynek. Czasem się udaje. Przeważnie jednak kończę weekend i wchodzę w nowy tydzień tak zmęczona, jakby tych wolnych dni wcale nie było. Bo zamiast rozkosznego nicnierobienia mam nadrabianie zaległości z całego tygodnia. Głównie tych domowych. Walczę ze stertami prasowania, sprzątam w szafach, garażu, na strychu i gdzie tam jeszcze pozwoliłam rzeczom popaść w chaos, jeżdżę po sklepach, bo papier toaletowy się kończy, bo "mamo, buty mnie cisną", bo mikser dziwnie buczy od miesiąca i czas poszukać nowego, ... 

I co z tego, że w sobotę i niedzielę nie muszę zrywać się na dźwięk budzika o szóstej. Jak nie budzik, to kot, tupanie czterech łap po schodach przebija się przez najtwardszy nawet sen... pewnie nie był taki twardy, a co z tego, że był piękny i że chciałam dośnić ten wątek do końca. A czymże jest moje "chcę" wobec kociej potrzeby wyjścia na dwór? No więc schodzę na dół, wypuszczam kota i już nie wracam do łóżka. I tak nie zasnę. Więc kawa na otwarcie oczu. To już nie jest potrzeba, to nałóg. Nie najgorszy w jaki mogłam wpaść, więc poddaję mu się bez wyrzutów sumienia. Po kilku łykach mija senność, wsłuchuję się w ciszę domu o poranku. Domownicy śpią. Przecież mają wolne... Ich sny nie przepuszczają kocich mruknięć, oni swoje historie dośnią do końca. I dobrze, niech śpią. Ja mam teraz tę ciszę tylko dla siebie. Kawa, gazeta, książka, cicha muzyka w tle, kolana pod brodą. Lubię ten czas, te dwie godziny zanim dom wypełnią kroki... i słowa. To mój czas. Latem spędzałam go w ogrodzie. Też jeszcze cichym. Bez odgłosów zza płotu, bez szumu aut z ulicy, bez kosiarek, krzyku dzieci, szczekania psów. Ale lato już się skończyło, choć kalendarz jeszcze przez trzy tygodnie będzie się upierał. Gdy już nie mogę wybiec po bułki w klapkach i cienkiej sukience, gdy rosa nie orzeźwia tylko przeziębia, gdy już muszę "ogacić się" wieczorem swetrem, to już nie jest lato.