poniedziałek, 3 września 2012

dzień pierwszy

I znowu wszystko wraca do ustalonego porządku. Wakacje minęły jak zwykle za szybko. Dzieciom na pewno, nauczycielom pewnie też. Mnie też nie dłużyły się specjalnie. Ale to zupełnie nie jest "zasługa" wakacji, czy lata. Od kilku lat czas, mój czas płynie strasznie szybko. Od dwóch lat wręcz ekspresowo. Ledwie zaczynam poniedziałek, za moment jest piątek. Piątkowy wieczór witam zawsze z wielką ulgą i nadzieją na odpoczynek. Czasem się udaje. Przeważnie jednak kończę weekend i wchodzę w nowy tydzień tak zmęczona, jakby tych wolnych dni wcale nie było. Bo zamiast rozkosznego nicnierobienia mam nadrabianie zaległości z całego tygodnia. Głównie tych domowych. Walczę ze stertami prasowania, sprzątam w szafach, garażu, na strychu i gdzie tam jeszcze pozwoliłam rzeczom popaść w chaos, jeżdżę po sklepach, bo papier toaletowy się kończy, bo "mamo, buty mnie cisną", bo mikser dziwnie buczy od miesiąca i czas poszukać nowego, ... 

I co z tego, że w sobotę i niedzielę nie muszę zrywać się na dźwięk budzika o szóstej. Jak nie budzik, to kot, tupanie czterech łap po schodach przebija się przez najtwardszy nawet sen... pewnie nie był taki twardy, a co z tego, że był piękny i że chciałam dośnić ten wątek do końca. A czymże jest moje "chcę" wobec kociej potrzeby wyjścia na dwór? No więc schodzę na dół, wypuszczam kota i już nie wracam do łóżka. I tak nie zasnę. Więc kawa na otwarcie oczu. To już nie jest potrzeba, to nałóg. Nie najgorszy w jaki mogłam wpaść, więc poddaję mu się bez wyrzutów sumienia. Po kilku łykach mija senność, wsłuchuję się w ciszę domu o poranku. Domownicy śpią. Przecież mają wolne... Ich sny nie przepuszczają kocich mruknięć, oni swoje historie dośnią do końca. I dobrze, niech śpią. Ja mam teraz tę ciszę tylko dla siebie. Kawa, gazeta, książka, cicha muzyka w tle, kolana pod brodą. Lubię ten czas, te dwie godziny zanim dom wypełnią kroki... i słowa. To mój czas. Latem spędzałam go w ogrodzie. Też jeszcze cichym. Bez odgłosów zza płotu, bez szumu aut z ulicy, bez kosiarek, krzyku dzieci, szczekania psów. Ale lato już się skończyło, choć kalendarz jeszcze przez trzy tygodnie będzie się upierał. Gdy już nie mogę wybiec po bułki w klapkach i cienkiej sukience, gdy rosa nie orzeźwia tylko przeziębia, gdy już muszę "ogacić się" wieczorem swetrem, to już nie jest lato.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

chętnie się dowiem, co o tym myślisz...